sobota, 11 kwietnia 2009

Ch:tL Uroczysko #1

Wędrówki po Polsce bywają męczące. Ale nic mi innego nie pozostało – mam nadzieję, że znajdę podczas podróży mojego Podrzutka i... cóż okaże się kto tu jest prawdziwym szermierzem.

Na drodze do Ustrzynia miałem okazję spotkać dziwne stworki rodem z Arkadii – miejsca, z którego niedawno uciekłem. Nie były przyjazne nastawione, toteż zostawiłem za sobą tylko ich szczątki. Miecz spisuje się niesamowicie. Pasowałby znaleźć więcej tych stworków – nienawidzę prawie wszystkiego co Arkadyjskie. Cóż mam nadzieję że miejscowy „Wszechwiedzący” - goblin Zenon będzie coś wiedział.

Ustrzyń. "La Charme" wyglądało jak jedna z tych drogich i pretensjonalnych knajp w zakompleksionych, małych miasteczkach. I taka tez chyba była. Nie przypominała typowej speluny z piwem za trzy zeta. Było czysto, elegancko, stylowo, ale bez przepychu.

Otwarłem mocno drzwi, zapewne zwracając na siebie uwagę. Gdyby nie to, że moją postać skrywała Maska, mógłbym narobić niezłego bałaganu. Już widzę te zaskoczenie, gdy do knajpy wchodzi demon-ptak-goblin rodem z japońskich legend z dwoma katanami przy pasie. Ale na szczęście dla ludzi wyglądam jak niespełna trzydziestolatek, dość dobrze zbudowany, trzymający w pokrowcu – wędkę lub kije do ćwiczeń.

Ale my, Odmieńcy poznajemy się dość dobrze. Od razu zauważyłem dość wytwornie wyglądającego elfa – pięknisia, psu podobną postać i małego goblina rozmawiających z Zenonem. Zenon co prawda byl goblinem, ale jakże innym od towarzysza elfa Jeżeli przyjmiemy, ze każdy posiada gdzieś swojego złego brata bliźniaka, to towarzysz elfa chyba miał szczęście dostać ta lepsza wersje. Zenon wyglądał staro, ale był pełen energii, wiecznie w ruchu i zawsze uśmiechnięty.

Zapytałem Zenona czy wie co się może w okolicy dzieje, ale poprosił nas wszystkich – Odmieńców o opuszczeni knajpy i rozmowę w jakimś mniej zwracającym uwagę miejscu. Wyszliśmy na tyły knajpy, natomiast Zenon został w środku kończyć rozmowę z jego innymi, poprzednimi zdaje się gośćmi. Obawiałem się co prawda wychodzić ostatni – nie lubię mieć obcych za plecami, jednak elf zdaję się był tu podobno gospodarzem, tak też się przedstawił, więc wyszedł za mną. Pozostało nam czekać aż Zenon skończy rozmowę.

Z rozmów wynikało że mały goblin to Szmelc, elf – Feliks a psu podobny Herman.

Na zewnątrz było niemal czarno. Podwórko oświetlone było przez jedna zaledwie lampę. Tony śmieci, które wypełniały po brzegi żółty kontener śmierdziały zgnilizną. Zapach roznosił się po okolicy mieszając z wonią dojrzałego lata. Czarny kocur, który grzebał w odpadkach umknął w mrok. Śledząc go wzrokiem zauważyliśmy coś niezwykłego. Jakby koc czy może spora plastikowa folia leżała w cieniu ukrywając pod sobą coś co mogło być sterta śmieci lub... ciałem.

Szmelc poszedł obadać znalezisko i okazało się, że leżało tam ciało potworka, którego już niejeden raz porąbałem mieczem. Okazało się, że tutejsi Odmieńcy maja z nimi problemy. Z rozmowy wynikało, że ścigają Szmelca, ponieważ im coś ukradł – niewielkie pudełko o niewiadomym przeznaczeniu. I od tej pory są celem – co mi się akurat spodobało, trzymając się ich zapewne wiele walk mnie czeka. A przy okazji można pokrzyżować plany Fae – drugi wielki plus. Zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić z pudełkiem. Był propozycje o zniszczeniu go mieczem, wysłania do jakiś znających się na magi Odmieńców pocztą polska (nie przeszło, przecież listy z poczty polskiej giną właśnie przez gobliny z Arkadii:P). W końcu stanęło na propozycji Zenona – zna w Krakowie pewnego mędrca, który będzie wiedział co zrobić z pudełkiem, żebyśmy już nie byli w niebezpieczeństwie. Zenonowi też zależało, bo Ci inni goście, którzy u niego byli – przedstawiciele stada wilkołaków - „proponowali” posprzątać nasz bałagan – w domyśle razem z nami. A z nimi lepiej nie zadzierać. Twardzi są – i zawzięci.

Podczas rozmowy wyszło, że Szmelc i Feliks nie pałają do siebie „miłością”. Jeden oskarżał drugiego o kradzież pudełka; o niemal zniszczenie kwiaciarni, którą prowadził Feliks, o wprowadzenie szpiega między nich – Feliks ponoć sprowadził jakąś pannę, która okazała się szpiegiem czy czymś takim. Nie będzie łatwo.

Dostaliśmy imię mędrca który nam miał pomóc, oraz owoce z Gęstwiny, pomagają w potrzebie, ponoć mają lecznicze moce. Udaliśmy się na dworzec.

Godzina druga w nocy. Siedzimy na stacji. Oprócz nas w oddali baluje na ławkach na peronie jakaś grupa nastolatków. Głośno się śmieją, pija wina. Chłopak i dziewczyna znikają w mroku, w krzakach. Wprost wymarzona okazja, żeby się pożywić emocjami. Feliks jako bardziej rozrywkowy (wszak pochodzi z dworu wiosny) wprasza się we wspólną zabawę i prowokuje ich do tańca. Mi trzeba innego rodzaju emocji.

Ruszyłem za parką między drzewa. Chłopak dobiera się do dziewczyny, już zdjął jej koszulkę, rozpina stanik. Staje naprzeciw i próbuje rozgniewać chłopaka krzycząc żeby zmykał. Wystraszył się – a nie taką emocję chciałem osiągnąć. To zaczynam ostrzej – mówię, żeby dziewczynkę mi zostawił. To go już doprowadza do gniewu – mojej ulubionej emocji. Zamierza się z pięściami na mnie, jednak nawet bez mojej ingerencji wykłada się jak długi pod moimi nogami. Stoję nad nim chwilę i upajam się jego gniewem. Odchodzę w mrok.

W końcu nadjeżdża pociąg. Światła i huk pędzącego osobowego wdzierają się w śmiech nocy. Wsiadamy wszyscy prócz Hermana – ten zostaje pilnować kwiaciarni Feliksa. Krótka podróż i o godzinie czwartej nad ranem wysiadamy na dworcu w Krakowie. Kraków nigdy nie zasypia. Życie płynie tu arteriami miasta cały czas. Jest tak inny od Ustrzynia czy rodzinnej wsi Feliksa i Szmelca – Uroczyska.

Zmierzamy w stronę Rynku krakowskiego. Podczas spacery wywiązuję się niemal kolejna kłótnia: Feliks chce iść od razu do Dworu Wiosny – my natomiast chcemy znaleźć mędrca, który został polecony przez Zenona. W końcu zostaje ustalone, że poczekamy na Feliksa z pudelkiem Szmelca on dowie się co i jak w Dworze Wiosny – tamci na pewno będą wiedzieli jak znaleźć „naszego mędrca”.

Razem ze Szmelcem znajdujemy jakąś budkę z tanim fast-foodem i zajadamy się w najlepsze. Przerywa nam jakaś stara żebraczka prosząc o wsparcie. W zamian proponuje wróżby. Szmelc na to przystaje i podaje jej dłoń. Elektryczność wokół zaczyna lekko wariować. Lampy migoczą lekko, Robi się jakby ciemniej i zimniej. Wróżbiarka wspomina o kłopotach. Rozglądam się bacznie, trzymając dłonie na mieczach – gotów przerwać to widowisko choćby ucinając wróżbiarce dłoń. Nagle zrobiło się zupełnie ciemno. Szmelc dostaje wróżbę, ma się strzec miecza i południowego wiatru. Cokolwiek to znaczy. Światła migają. Po chwili znów jest widno. Nawet pierwsze promienie słońca przedzierają się przez horyzont miasta.
Prześlij komentarz