sobota, 11 kwietnia 2009

Ch:tL Uroczysko #2

Czas oczekiwania na Feliksa dłużył się niemiłosiernie. Rozmawialiśmy ze Szmelcem na temat naszego postępowania. Zastanawialiśmy się czy obraliśmy dobrą drogę. Goblin w końcu stracił cierpliwość i ruszył przed siebie. Zaczął wypytywać miejscowych o mędrca, lub nawet o kogokolwiek z francuskim nazwiskiem – jednak to od razu było skazane na porażkę. Kraków jest zbyt wielki. Gdy zatrzymaliśmy się na płycie rynku, zwróciłem uwagę na stada gołębi krakowskich – było ich tutaj niezliczona ilość Wpadłem na pewien pomysł. Spokojnie nawiązałem kontakt z jednym z nich, i podpisując pakt załatwiłem sobie całkiem niezłych obserwatorów – z góry wszystko lepiej widać i rozpoznają każdego Odmieńca. A interesował mnie każdy pobliski – samotny Odmieniec. Miałem nadzieję, że się uda.

Po chwili natrafiliśmy na maszerujących elfów – Feliksa i jeszcze jednego, którego nie znałem. Widocznie ktoś z dworu wiosny, albo może sam mędrzec. Ale to by było zbyt proste. To był jakiś negocjator z dworu. Rozmowę przerwał mi jeden z moich ptasich zwiadowców. Okazało się, że odludny Odmieniec wchodzi właśnie do kościoła Najświętszej Marii Panny. Zerwałem się biegiem i nawet nie interesowało mnie czy ktoś pobiegnie za mną. To mogła być nasza szansa.

Zatrzymałem się niemal w budynku. Rzuciłem oka na tablice ogłoszeń by upewnić się, że najbliższa msza zacznie się za kwadrans. Mieliśmy więc piętnaście minut, żeby załatwić swoje sprawy i nie przeszkadzać nikomu. Zwykle panuje tu pewien rodzaj zimnego, kamiennego chłodu. Tutaj było inaczej. Wiał delikatny, lipcowy wiatr, choć przeciąg nie gasił świec. Aura lata wypełniała to miejsce i niemal czułem zapach odległej pustyni, a może tak mi się zdawało. I ten wiatr. To było coś więcej niż przeciąg. To nie przychodziło z zewnątrz, ale miało swoje jadro w środku świątyni, w samym jej centrum. Nie byłem w stanie dostrzec niczego konkretnego więc ruszyłem w środek świątyni, przygotowany na zagrożenie. W tym kościele było coś więcej niż zwykli ich ludzie i ich wiara.

Tymczasem zobaczyłem Ją. Siedziała w pierwszym rzędzie. W jej włosach tańczył wiatr. Biło od niej ciepło upalnego, lipcowego dnia. Była piękna, najpiękniejsza. Feliks za moimi plecami jęknął cicho. Była skupiona. Modliła się cicho. Wokół niej było pusto, jakby ludzie odruchowo wyczuwali jej odmienność i nie ważyli się przysiąść. Ja jednak usiadłem przy niej i nawiązałem rozmowę. Nie ona była mędrcem którego szukaliśmy, jednak okazało się, że zna go i korzysta z jego porad. Jeśli poczekamy to zaprowadzi nas, chyba, że chcemy iść według jej wskazówek.

Przez kościół przetoczył się gwar. oto jakiś facet wszedł przed ołtarz. Ludzie na początku byli trochę zdziwieni i oburzeni. Szmery i szepty nie ustawały. W końcu chyba wszyscy uznali, ze to jest cześć mszy i maja do czynienia z jakimś specjalnym gościem. Kiedy „ksiądz” zaczął czytać zrozumieliśmy, ze działa tu magia. Jego głos był majestatyczny, pełen emocji. Kilkoro ludzi płakało. Niewielu z biorących udział w mszy zdawało sobie sprawę, ze księdza wspomaga... demon. Kiedy skończył wszyscy byli poruszeni. Panowała cisza. Ktoś klasnął w dłonie, nieśmiało. Potem kolejne klaśniecie. Po chwili prawie cały kościół bił brawo.

Kiedy było po wszystkim kobieta wstała i skinęła na nas. Tłum również zaczynał zbierać się do wyjścia, choć oniemiały z zachwytu. Po wyjściu dziewczyna przedstawiała się nam jako Santa Ana. Wędrowaliśmy uliczkami starego miasta, które układają się w labirynt, choć czas i przestrzeń wydaja się podlegać innym prawom, niż te dotyczące reszty miasta. Ciężko byłoby tu trafić ponownie. W końcu dziewczyna stanęła. i wskazała poszukiwany budynek. Stanęliśmy przed brama., w podwórzu, jak informował szyld, znajdował się "La Tour – antykwariat". Ana musiała jednak nas opuścić – podziękowaliśmy jej grzecznie i ruszyła w swoją stronę.

"La Tour - antykwariat" stal obok sklepu z komórkami i salonu fryzjerskiego. Niestety oba wydawały się zamknięte. Tylko antykwariat posiadał przypiętą do drzwi tabliczkę "OTWARTE". Powoli uchyliłem drzwi. Zadzwonił dzwoneczek, który obwieszczał, ze pojawił się nowy klient. W środku panował półmrok, przyjemna atmosfera, pewien rodzaj komfortu towarzyszący obcowaniu z antykami. Rodzaj spokoju, statyki i poddania się upływającemu czasowi. Z głośnym „dzień dobry” wszedłem do środka. Z wewnątrz odezwał się wchodzący właśnie starzec. Wyprostował się. W reku trzymał szmatkę i krem do polerowania drewna, który roztaczał specyficzny zapach. Był wysoki i szczupły, wyglądał na sto lat, a może miał nawet więcej.

Zdecydowałem się pokazać mu nasze słynne pudełko. Był nim co najmniej zachwycony. Chciałem, żeby pozbył się możliwości śledzenia nas, poprzez pozbycie się swojego rodzaju aury magicznej, która pozwala nas namierzyć. Powiedział, że będzie nas to wiele kosztować. Spytaliśmy więc o cenę.
Prześlij komentarz