niedziela, 5 kwietnia 2009

InSpectres

InSpectres

Było to pierwsze praktyczne zderzenie mojej ekipy i moje (jako prowadzącego) z systemami indie. Spośród kilku systemów, wybrałem ten, gdyż wydawał się najłatwiejszy do wdrożenia. A poza tym jest jak zupka ekspresowa – ready to play.

Najpierw określiliśmy drużynkę, dostęp do zasobów i siedziby drużyny. Rzuty mieli naprawdę dobre więc dostali co nieco fajnego sprzętu i rewelacyjną siedzibę z małym haczykiem – nawalała klimatyzacja – we wspaniałym budynku wprost nie dało się wysiedzieć. Mimo, że gracze dysponowali sporą gotówką – palili się do akcji, byle wyrwać się z budynku na jakąś misję.

Nastąpiły rzuty kostkami charakteryzujące scenariusz i miałem, o ile pamiętam szlachcica dzwoniącego w sprawie dziwnych świateł w okolicach jego posiadłości – zamku w Anglii, który niedawno odziedziczył (ta, pewnie, kolejny który wyjechał za granicę za pracą;-)).

Ekipa zebrała swój sprzęt, wleźli do helikoptera prywatnego (a jak!) i ruszyli. Zaczęły się problemy na granicy, ale szybko wykombinowali, że lecą do Anglii kręcić kolejnych „Ghostbusters” (tak, tak kolejni emigranci:P) Numer się udał, ale były trochę problemy z lądowaniem – wiecie mgła, deszcze – angielska gościnność.

Przywitał ich typowy Igor, który odprowadził ich na pokoje. Wieczorem, jak ich pan się pojawi to zaprasza na wieczorny posiłek, gdzie wyjaśni całą sprawę. Przenieśli swój sprzęt i zaczęli rozglądać się po okolicy, gdzie oczywiście „pojawiło” się tajemnicze jezioro.

Nadeszła pora wieczerzy, kiedy to zasiedli przy starym wiktoriańskim stole. Za gospodarzem (nadzwyczaj podobnym do Draculi) było lustro w którym się nie odbijał! I któryś gracz wymyślił, że nie odbija się bo siedzi tyłem do lustra i oparcie go zasłania. I wtedy nastąpiła niezła śmiechawka. Były różne dziwne pomysły – łączne z tym, że „dracula” jest manekinem w rękach Igora:)

„Dracula” wyjaśnił, że nocą, jego ulubioną porą, dziwne odgłosy nadchodzą od strony jeziora i jakieś mrugające światła czy coś takiego. A on tka bardzo chciałby spokoju. Nie może się cieszyć nocnym życiem....
Udali się więc sprawdzić okolicę, jednak nic nie udało się odnaleźć (rzuty były coraz gorsze – wszystkich wykańczał „stres”, odbierając kolejne kostki).

Nocą w zamku znaleźli dobrze ukryte przejście. Postanowili sprawdzić co jest na końcu. Tunel prowadził głęboko pod ziemię, pod lochy zamku i chyba nawet pod jezioro. Istny labirynt. Zaczęli się gubić, tracić sprzęt itp. W końcu doszli do wielkiego „buczącego pomieszczenia, z jakimiś dziwnymi aparatami i oznaczeniem o radioaktywności. Gracz, który posiadał licznik Geigera totalnie zepsuł test. Przez co promieniowanie okazało się zabójcze. Dla wszystkich.

CASE CLOSED

Jak widać pierwsze spotkanie z InSpectres zakończyło się dość tragicznie dla postaci graczy. Gracze mieli różną opinię o systemie po grze. Pierwszy – będący najczęściej mistrzem gry (oprócz mnie) bardo sobie zachwalał, twierdząc, że bardzo ciekawe, ale nie na dłuższe granie. Drugi typowy gracz – bawił się świetnie – podczas tekstu o oparciu, albo o „draculi” marionetce” prawie popłakał się ze śmiechu. Trzeci z graczy, nie bardzo doszedł w jaki sposób w to się gra i grał jak w typowego erpega – w tym trochę mojej winy, bo niedokładnie zauważyłem. I jedna graczka, która na zwykłej sesji jest dość bierna, nie wypowiedziała się, czyli przyjąłem, że się nie spodobało
:-)
Prześlij komentarz