piątek, 10 kwietnia 2009

WFRP: Powrót Liczmistrza #1

Wstęp.

Urodziłem się w Altdorfie, w rodzinie tej fali elfów, którzy już przychodzą na świat w ludzkich miastach. Czuje się bardziej człowiekiem w pewnym sensie, chociaż rodzicie od małego dbali o tradycję, toteż wśród elfów nie czuje się wyobcowany, a i elfy nie czują tej różnicy. Wokół mnie od małego działy się dziwne rzeczy, ojciec zdecydował posłać mnie do ludzkiej szkoły – akademii magii, zaraz po tym jak nadszedł ten wiek, w którym nie czułbym się źle. Przez wiele dziesięcioleci obserwowałem to miasto, większość czasu pomagałem rodzicom w ich długowiecznym interesie. Kiedy zacząłem chodzić na ten ludzki uniwersytet, poznałem swojego przyszłego mistrza, jednak nie na uczelni, ale podczas tzw. dni wolnych, kiedy to z innymi studentami często uciekaliśmy z różnych, nieciekawych i nudnych zajęć.

W tym mieście przetrwałem trudny czas dla ludzi, tzw. Burze Chaosu, jednak w obronie zginał mój mistrz. Został mi po nim jedynie jego kij. Wtedy też, już po tym jak wszystko wróciło do normy postanowiłem uciekać stąd. Mój mistrz nie żył, a ten śmieszny Uniwersytet nie był mnie w stanie niczego nauczyć. Do podróży potrzebne mi były jedynie pieniądze. Zacząłem pracować dla pewnego gościa, który zlecał różnego rodzaju drobne robótki. I tak poznałem kilku nie-ludzi, którzy również jak ja potrzebowali gotówki: krasnoluda Rorana, i parę elfów – Srebrnowłosego i Oko Zieleni. Oni też potrzebowali tych pieniędzy choć Srebrnowłosy krył jakąś tajemnicę, pracował bo ten nasz zleceniodawca obiecał mu jakąś informację.

Sesja 1.

Pewnego dnia, gdy już mieliśmy trochę uskładanych pieniędzy, kupiliśmy pewną mapę, która miała nas zaprowadzić do Skarbu. I tak ruszyliśmy na szlak. Kilka dni potem dopadła nas wielka, słynna na cały świat Ulewa. W ten sposób straciliśmy mapę i najzwyczajniej w świecie zgubiliśmy się. Trafiliśmy do pewnej gospody w której wiele się wydarzyło. Ucztowaliśmy za nasze niemal ostatnie korony, gdy podszedł do nas gospodarz i powiedział, że pewni goście wynajęli tą gospodę i chciałby, abyśmy się udali na górę na spoczynek. W międzyczasie w karczmie zaczęli się pojawiać obcy ludzie, niektórzy nawet całkiem nieźle uzbrojeni.

Udaliśmy się na górę ale dziwna rezerwacja karczmy nie dawała nam spokoju. Postanowiłem obadać co się dzieje. Wyszedłem na korytarz, ale przy zejściu stało dwóch uzbrojonych strażników. Nie chcieli mnie wypuścić „do wychodka”.

Znalazłem po przeciwnej stronie korytarza zejście na dół, ale na zewnątrz. Było dość ciemno, ale dla mnie nie była to za wielka przeszkoda. Niewiele mi się udało dowiedzieć poza tym, że ludzie planowali coś, jednak nic więcej się nie dowiedziałem. Wróciłem do pokoju. Roran jednak nie dał za wygraną. Zaczął udawać pijanego i on poszedł na zwiady.

I wtedy się zaczęło. Niewiele pamiętam ale nagle, nawet wewnątrz zaczęła się pojawiać mgła. I stało się strasznie cicho – czułem jakąś potężną magię. Poczuliśmy się niedobrze, słabo – a potem posnęliśmy jak baranki.

Gdy się obudziliśmy, karczma nie wyglądała najlepiej. Wyglądała jak po przejściu Chaosu. Pełno trupów, zniszczeń nawet schody do góry były zniszczone, przynajmniej kilka pierwszych schodów. Najwidoczniej one nas uratowały od wejścia Bestii na górę, nie wytrzymały i się zapadły. Chyba dzięki temu przeżyliśmy. Ale oczywiście to nas posądzono o tą rzeźnie. Pojmali nas i wrzucono do „wiejskiego lochu”. Mieliśmy czekać na niejakiego Ordona – pana tych ziem. Czekając tam odkryliśmy tunel, który prowadził z tego lochu niewiadomo gdzie, lecz śmiało ruszyliśmy chcąc uciec z wioski i z dala od tego co tu się wydarzyło. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na końcu tunelu, przy wyjściu natknęliśmy się na szczuroludzi. Zaczęliśmy z nimi walczyć, mój czar pechowo wyszedł i dodałem trochę ognia do tej walki. Podpaliłem szopę w której to walczyliśmy – całkiem niechcący (ta magia bywa nieokrzesana:P). Nie zapowiadało się to ciekawie.
Prześlij komentarz