piątek, 10 kwietnia 2009

Trening Arasaki

Była to jedna z ostatnich sesji, w jaką grałem w CP2020. Pomysł tej sesji mi się strasznie spodobał, więc uznałem, za wart opisania. Świetnie mi się w nią grało. Podziękowania dla mojego MG. A teraz to co się działo na sesji:

Podróżowaliśmy wraz z rodziną nomadów po bezdrożach gdzieś w okolicach wielkiego miasta. Z miast nas regularnie goniono, traktowano jako przybłędy, więc zostały nam jedynie bezdroża. Z resztą było nam to na rękę. Tylko tutaj mogłem wraz z siostrą śmigać na swoich niesamowitych motorach (jedyne, co kochaliśmy, prócz rodziny oczywiście), ścigając się, słuchając głośno muzyki poprzez wszczepy i osiągając niesamowite prędkości. Często w taki sposób sprawdzaliśmy teren przed cała kolumną wozów naszej jednej wielkiej rodziny.

Pewnego dnia odnaleźliśmy, w niewielkiej dolince skupisko opustoszałych budynków – pozostałości fabryk czy czegoś innego toksycznego, bo co innego może stać poza miastem. Teren okazał się w sam raz na dłuższy kilkudniowy postój. W sam raz by wysłać kilku z nas do miasta na uzupełnienie zapasów, czy odnowienie kontaktów. W mieście czekała nas niewielka misja odnalezienia dawnego przyjaciela ojca i wręczenia mu przesyłki, po czym wróciliśmy do obozu.

Pewnej nocy wszystko się jednak zmieniło. Na tle gwiazd nad głowami pojawiły się jakieś pojazdy. Coś spadło z nieba i uderzyło w jeden z budynków. Kilku z nas poszło sprawdzić, co się dzieję. Wytropiliśmy to coś, ale okazało się, że to jakiś cyberświr. Niesamowicie szybki, trudny do trafienia, śmiertelnie groźny w walce wręcz i wewnątrz budynków. Na szczęście, nie posiadał żadnej broni dystansowej, bo by nas wykończył. Do walki wręcz nie było, co doprowadzić, ponieważ zaszlachtowałby nas zanim którykolwiek z nas zdążyłby zareagować.

To jednak nie koniec niespodzianek. Wkrótce po nim desantował się oddział półborgów Arasaki. Zrobili sobie z naszego obozowiska plac treningowy. A myśmy się dostali w dwa ognie. Dla nich praktyka a dla nas kwestia przeżycia. Nie zwracali na nas w ogóle uwagi chyba, że weszliśmy im w drogę. Wtedy nie było z nas, co zbierać.

Udało mi się dorwać broń jednego z tych z Arasaki, którego zaszlachtował wcześniej rzeźnik. Postanowiliśmy uciekać. Ten, na którym ćwiczyli, nie odpuszczał żadnego z nas. W krytycznym momencie, podczas ucieczki w górę po zboczu już wspinał się za nami. Siostra skręciła nogę i wiedzieliśmy, że nie da rady wyjść. Nie zastanawiałem się wiele, ułożyłem się wygodnie i wypaliłem w tego skurczybyka. Jakimś cudem (krytyk:P) trafiłem niemal w oko, i ścigający nas rzeźnik stoczył się w dół, prosto pod nogi wojowników Arasaki. Ci jak go już dopadli… nie było, co zbierać.

Nigdy nie wróciliśmy w tamto miejsce. Ciekawe czy tym z Arasaki zaliczyli ćwiczenia w terenie. Ja zostałem bohaterem pośród swoich.
Prześlij komentarz