piątek, 10 kwietnia 2009

WFRP: Powrót Liczmistrza #3

Gdy wróciłem do przytomności było już prawie po wszystkim, dobijano walczących, obezwładniano tych, którzy nie chcieli już więcej walczyć. Ten wielki wojownik, który trzymał na łańcuchu skavena przedstawił się jako Marcus. Wzniósł miecz do góry i powiedział, że odbiera od brata to co mu się prawnie należało. A więc byliśmy świadkami bratobójstwa. Powiedział, że każdy kto chce złożyć broń i poddać się, ba, nawet zgłosić na służbę zostanie mile przyjęty, bez żadnej urazy. My przedstawiliśmy się – wyglądamy wszak dość charakterystycznie, na tle tego pospólstwa. Zostawiono nam wolną rękę, ale i zaproponowano eskortę Marcusa i jego ludzi do dworku. Z 5 ZK za dzień utargowaliśmy 5.5.

Ale Roran był dość ciężko rany toteż Oko Zieleni, znająca się na leczeniu, zajęła się nim. Chwilę później i ją poproszono, ażeby pomogła innym rannym jeśli będzie tak łaskawa. Karczmę zajęto więc my siedliśmy pod jednym z drzew.

Chwilę potem wezwał mnie do siebie ten cały Marcus. Udałem się do gospody którą zajął na krótką rozmową. Po krótkiej rozmowie okazało się, że ma prośbę. Tril, ta wytatuowana elfka która tak tragicznie zginęła miała życzenie aby pochować ją zgodnie z elfickim zwyczajem. Zgodziłem się, gdyż była jedną z nas. Marcus wyjął jeszcze ze swojego plecaka niewielką, ale dość grubą i jak się potem okazało niesamowicie ciężką księgę. Tril prosiła by Marcus ją przekazał komuś, kto z niej będzie mógł skorzystać. Sam Marcus niewiele mógł z niej odczytać. Dał mi ją. Jednak księgi nie udało mi się otworzyć. Zapieczętowana była magią. Gdy się jej przyjrzałem spostrzegłem dziwne symbole – coś jak sztylet, kropla, ognisko i elficki napis oznaczający „imię”. Aż czułem magie bijącą od książki, potęgę, której tak pożądałem. Ale póki co nie do otwarcia. Schowałem do swojego plecaczka. Powiedziałem Marcusowi, że za godzinę będę gotowy.

Wróciłem do swoich i elfom przekazałem prośbę od Marcusa, z przyjemnością się zgodzili, oprócz krasnoluda, który znalazł sobie jakieś inne zajęcie. Nie minęła godzina i znaleźliśmy odpowiednie drzewo i wykopaliśmy dół. Poszedłem po Marcusa i wraz z dwoma jego ludźmi przynieśliśmy jej zwłoki do grobu. Ludzie odeszli, jednak Marcus został, stojąc kawałek od nas. Srebrnowłosy wraz ze mną umieścił ciało w pozycji embrionalnej w grobie, a Oko Zieleni zaczęła śpiewać pieśń ku bogini elfów. Gdy już zasypaliśmy ją, Srebrnowłosy zaplatał jedną gałązkę w supełek.

Zostałem tam dłużej z Marcusem ale i on odszedł. Ja wracając zatrzymałem się na chwilę, chciałem spróbować otworzyć tą księgę. Wiedziałem, że te znaki były kluczem. Rozpaliłem niewielkie ognisko, i próbowałem rozciąć palec sztyletem, upuścić krwi do ognia i powiedzieć swoje imię, a potem z kolejnym nacięciem imię „Tril”. Nic się nie stało.

Gdy tylko wróciłem, towarzysze zaczęli wypytywać mnie o moją nieobecność. Nie chciałem im mówić nic o księdze, nie teraz, gdy potęga była zbyt blisko mnie. Zwłaszcza krasnoludowi; był co prawda towarzyszem, ale nie ufałem mu zbyt mocno. Rozmawialiśmy długo w elfim języku, nawet doszło do niewielkiej kłótni, ale w końcu powiedziałem im o księdze. I wtedy przypomniałem sobie, że Marcus mówił, że nie mógł odczytać napisów w środku. Udałem się do niego.

Przed drzwiami do gospody stał strażnik, ale wpuścił mnie do gospody. W środku pił i rozmawiał jeszcze z jednym mężczyzną, którego imienia nie pamiętałem. Poprosiłem o rozmowę w cztery oczy. Ten obcy wyszedł, ale w połowie drogi popatrzył w oczy i szepnął coś w stylu „Ja cię znam. Ja cię pamiętam”. Zignorowałem to i chciałem wyciągnąć od Marcusa sposób otwarcia księgi. On już był mocno podchmielony, i zaczął coś bełkotać o tym, że jego to już nic nie obchodzi, że skoro nie potrafię jej otworzyć to widocznie nie jestem jej godzien. Opuściłem go i wróciłem do swoich.

Ten wieczór zaczęło się kombinowanie jak otworzyć księgę. Krasnolud zaproponował najprostsze rozwiązanie – toporem. Rozmowy trwały do północy. Najpierw Srebrnowłosy zaproponował, by kropla krwi spadła na książkę – oprawa ją momentalnie wchłonęła. Oko Zieleni zaczęła się zastanawiać, czy aby to „ognisko” nie oznaczało czasem jakiegoś czaru, a nie ogniska jako takiego. I ja sobie przypomniałem, że czarodzieje, specjalizujący się w tradycji Ognia, zdobili swoje ciało tatuażami. Więc przystąpiłem do ostatniej próby. Naciąłem palca (który to raz hehe), kropnąłem na księgę, wygestykulowałem i wypowiedziałem najprostsza magiczną inkantacje dotyczącą Tradycji Ognia. I udało się! Inni zasnęli dość szybko, a ja nie pamiętam kiedy. Wiem jedynie, że z tego co przeczytałem to dostałem dość potężną księgę przekazaną elfce przez jej mistrza. Początek był prosty, ale im dalej tym trudniejszy materiał. Wiedziałem, że będę musiał opanować podstawy i krok po kroku dochodzić do dalszych części. W końcu zasnąłem.

Obudziłem się najpóźniej ze wszystkich. Jeden z ludzi Marcusa miał do nas prośbę. Chciał zobaczyć gdzie zginął ten strażnik co uciekał. Wziął nas i łowczego z wioski. Oznajmił nam jeszcze, że wieczorem odbędzie się uczta ku czci zwycięstwa Marcusa. Udaliśmy się na miejsce, ten człowiek jeszcze tam wisiał – jednak coś poobgryzało mu stopy. Usłyszeliśmy dziwne odgłosy pochodzące z niedalekiej leśniczówki. Podbiegliśmy tam, i we wnykach tkwił właśnie ten skaven, którego miał na łańcuchu Marcus. Prawie odgryzł sobie łapę, ale miotał się i szarpał strasznie. Oko Zieleni nie mogąc na to patrzeć przestrzeliła mu szyję.

I wtedy koło chaty pojawiła się zakapturzona postać. Złowrogo mówiła, że wmieszaliśmy się w sprawy jakiś większych sił; że zwróciliśmy na siebie Ich uwagę. Brzmiało jak groźba, więc zerwaliśmy się za nim w pościg. Umknął nam jednak szybko.

Wieczorem nadeszła pora uczty. Wystawiono stoły na dwór, ustawiono je w podkowę, i zaczęło się ucztowanie. Jednak nie było nam dane spokojnie ucztować. Roran zauważył pędzącego skavena. Siedzący obok wyśmiał go biorąc za jakieś pijackie majaki. Chwile potem rozległ się wielki i donośny ryk. Jednak nikt się nie przejął. „To Karol” mówili, „niedźwiedź z okolicy”. Po chwili jednak na środek wbiegło kilku skavenów, jednak przebiegali oni tylko, z jednej strony, jakby uciekali przed czymś. Ludzie się zerwali, i naglę spomiędzy drzew, gdzieś na wysokości 6 metrów, pojawiła się głowa niedźwiedzia. Nigdy nie widział nikt z nas takiej wielkiej bestii. Nastała panika!
Prześlij komentarz