piątek, 10 kwietnia 2009

WFRP: Powrót Liczmistrza #6

Doczekaliśmy świtu. Cali i zdrowi. Rano wraz z wszystkimi ludźmi zaczęliśmy się pakować i przygotowywać do wymarszu. Plan był następujący – dotrzeć do pobliskiej strażnicy przed zmrokiem, tam będziemy bezpieczni a następnie kolejnego ranka wyruszyć w drogę by pod wieczór dotrzeć do zamku Marcusa.

Krasnolud poganiał ludzi i używał swoich zdolności do organizowania im pracy, Oko Zieleni sprawdziła, co tam u samego Marcusa, a ja i Srebrnowłosy pomagaliśmy ładować towary. Wkrótce kolumna wyruszyła z osady.

Dotarliśmy przed zmrokiem. Ale strażnica zaskoczyła nas swoją pustka. Brama otwarta, podniszczona – z daleka widać było ślady walki. Adamus wysłał naszą czwórkę na zwiad. W środku były faktycznie ślady walki. Cała strażnica składała się z otoczonego murem budynku wraz z murowaną wieżą. Nad bramą pokrakiwał czarny kruk. Zły znak.

W środku budynku było coś strasznego, bo nawet Roran zwymiotował. Coś przeciągnęło i rozsmarowało najprawdopodobniej człowieka niemal po całej podłodze. Poszliśmy za śladami, ale trafiliśmy do pustego pomieszczenia. W przeciwnym korytarzyku było wejście na wieże, jednak solidna krata uniemożliwiała wejście do środka.

Nagle coś huknęło o dach. Wybiegliśmy na zewnątrz i okazało się, że najprawdopodobniej z wieży wypadł człowiek – najprawdopodobniej czarodziej. Wspiąłem się na dach razem z krasnoludem i przyjrzałem mu: starszy człowiek, najprawdopodobniej czarodziej tradycji ziemi – przynajmniej na takiego wyglądał. Nie miał nic przy sobie. Kruk krążył nad wieżą – mieliśmy ochotę go zestrzelić…

Chciałem przekonać krasnoluda, żeby pomógł mi go znieść – jednak stwierdził, że teraz nie bardzo na to jest czas.

Chcieliśmy otworzyć wieże jednak sami nie dalibyśmy rady. Trzeba było wezwać Adamusa na pomoc, więc i on z dwójką ludzi wkrótce się zjawili w środku. Niestety wieży nie dało się otworzyć – przynajmniej nie z zewnątrz.

Adamus zaczął się zastanawiać, a my poszliśmy sprawdzić pewną klapę, którą niemal przegapiliśmy – a znajdowała się przy murach. Czułem też jakby pewien powiew magii – ciekawe czy Adamus też to czuł. Cała trójka zeszła na dół, ja zostałem na górze. Po dłuższej chwili, poczułem się słabo – jak kiedyś w jaskini. Ziemia zaczęła się trząść, klapa się zamknęła a mi krew puściła się z nosa. Próbowałem otworzyć klapę, ale nie dałem rady. Pobiegłem i zawołałem Adamusa i jego ludzi. W momencie, kiedy wróciliśmy Srebrnowłosy właśnie się przebił. Wyciągnęliśmy ich stamtąd, zamknęli klapę – a ludzie ją przyłożyli skrzyniami. Opowiedzieli nam, że coś tam zaczęło z ziemi wychodzić, rzuciło w nich stołem i zaczęło pochłaniać krasnoluda. Jednak udało im się uciec.

Zabraliśmy się za wieżę. Jedynie wspinaczka wchodziła w grę. Jedne z ludzi, którzy tu przyszli z nami stwierdził, że da sobie radę z wejściem na wieżę. Chwila wspinaczki po linie uprzednio zarzuconej i mu się to udało. Próbował wciągnąć Srebrnowłosego – ale się to nie udało. Chwilę potem mężczyzna otworzył nam kratę do wieży. W środku nie było za wiele interesujących rzeczy – może poza przerwanym pentagramem na blankach wieży. Przerwanym… Oznaczało to, że albo ktoś tu kogoś przywoływał, lub więził – ale czar już nie był skuteczny – znak został przerwany. I tak kolejna noc zapowiadała się na przysłowiowej beczce prochu. Lepsze to niż w lesie – tam nie wiadomo co się może czaić…
Prześlij komentarz