piątek, 10 kwietnia 2009

WFRP: Powrót Liczmistrza #7

Wszystko zaczęło się od snu. Dość przerażającego. Znajdowałem się wewnątrz tego strasznego dworu, na pewnej farmie, do której zawitaliśmy niemal na początku naszych przygód. To było tak dawno, że już nie pamiętam.

Otaczała mnie mgła, nadnaturalna mgła. Słyszałem głos – mówił o jakimś dziecku, o czymś co powinniśmy zrobić, znaleźć, przyprowadzić... jednak nikogo tu nie było. Nikogo oprócz trupów moich przyjaciół. Jedynie ja żyłem. Zacząłem krzyczeć, żeby ten kto mówi pokazał się, stanął naprzeciw – lecz daremnie. Zacząłem biec po schodach na górę, jednak po chwili to nie były schody ale podejście na wzgórze. Na szczycie czekał krasnolud Roran, a jego oczy świeciły jakimś nadnaturalnym blaskiem. Za jego plecami rozciągał się widok na pole bitwy, zmasakrowane zwłoki, walczące niedobitki. Rzeź.

Chciał odejść, postanowiłem go chwycić za ramię, ale powstrzymała mnie Oko Zieleni. Jednak oboje rozpadli się w pył. A ja byłem w jakiejś monumentalnej świątyni. Był tam Srebrnokrzydły. Niewiele pamiętam. Zaczęło się to wszystko walić, sufit i posągi – ruszyłem do wyjścia jednak w drzwiach stanęła niewyraźna postać kobiety zdaje się, z dzieckiem. Gdy tylko biegną, zbliżyłem się niemal na wyciągniecie ręki... obudził mnie krzyk.

Zerwaliśmy się wszyscy. Z ona wieży dostrzegliśmy na dole, na dziedzińcu ogromnego stwora – jakby ziemnego golema. Drzwi od stajni otwarte, dwóch mężczyzn zwija się na klepisku. Zbiegliśmy na dół lecz zawahaliśmy się. Adamus stał z grupą ludzi i czułem jak utworzył magiczną barierę, która powstrzymywała ataki golema. Jednak ten, gdy tylko nas zauważył – ruszył w naszym kierunku. Srebrnowłosy rzucił się z młotem ale szybko został rzucony pod ścianę. Oko Zieleni udała się w jego ślady, więc z Roranem wycofaliśmy się do środka do wieży. Wybiegliśmy na górę i stamtąd obserwowaliśmy rozwój wypadków. W końcu, w miejscu gdzie leżał jeden z ludzi ziemia zatrzęsła się i pochłonęła wrzeszczącego rannego mężczyznę. Z tego samego miejsca nagle wystrzelił słup ziemi i skierował się w naszą stronę. Roran zsunął się na linie na dół, ja oberwałem i razem ze slupem ziemi przebiłem drewnianą podłogę – a raczej sufit ziemi. Wyzbierałem się i zbiegłem na dół. Próbowaliśmy wybiec przez główną bramę ale była jakby zamknięta. W dodatku coraz więcej pojawiało się mgły – tej mgły z mojego snu. I cała wieża zaczęła się trząść i dudnić. Nawet golem stanął jak osłupiały.

Oberwał beczką wody od nas, myśleliśmy, że go to zmiękczy. Jednak na nic to. Musieliśmy się rozbiec bo ruszył znów na nas. Większość wbiegła do wieży – ja jedynie poleciałem zabarykadować się w stajni. Co prawda zamknąłem za sobą drzwi, jednak te okazały się zbyt liche i golem przez nie przeszedł. Do stajni wparowała też mgła. Golem zbliżał się coraz bardziej, postanowiłem rzucić ostatnie zaklęcie. I tu niewiele pamiętam wiem, że się udało powstrzymałem zaklęciem golema – a było to chyba najpotężniejsze zaklęcie jakie rzuciłem w życiu – dosłownie go zamieniło w kamień. Osunąłem się na ziemię mocno osłabiony. Minęło trochę czasu i pamiętam, że Roran, Adamus i Srebrnowłosy wpadli do stajni. Młot Srebrnowłosego rozwalił golema.

Zabrali mnie do środka i odpoczywałem tam. Zielone Oko opatrzyła mnie jakoś. Powiedziałem im że pokonałem go, że rzuciłem czar. I chciałem zasnąć.

Słyszałem ich rozmowę – każdy z nas miał podobny sen co ja na początku. Zmieniały się tylko sytuacje i osoby które zginęły. Ale pojawiał się motyw dziecka, bitwy katedry. Zasnąłem....
Prześlij komentarz