sobota, 11 kwietnia 2009

W:tF Canadian Rockies #1

To już prawie osiemnasty miesiąc odkąd mieszkam z moimi Braćmi. Odkąd znalazłem swoje miejsce na ziemi. A właściwie ono znalazło mnie.

Osiemnaście miesięcy temu znaleźli mnie błąkającego się w okolicznych lasach. Uciekałem przed ścigającymi mnie ludźmi. Była walka była, krew – ale pojawili się Biała Plama oraz Szary Szakal i powiedzieli: „dość zabijania”. Zabrali mnie do domu, miejsca w którym mieszkali. Nauczyli mnie, Patricka Roy'a wielu rzeczy, uświadomili kim jestem i jakie są moje obowiązki. Ich prawo – zwane Przysięgą przemawiało do mnie jak żadne ludzkie. Było jasne, przejrzyste – podobało mi się. Bardziej niż to ludzkie, to z pewnością.

Tego dnia spałem bardzo niespokojnie, w naszej siedzibie, w domu w Vancouver. Właściwie ten niepokój powiększył się od momentu kiedy dowiedziałem się, że mój ojciec – jest również Uratha, i również jak ja nie mógł wytrzymać w społeczeństwie ludzi. Dlatego matka męczyła się ze mną sama. I co najciekawsze wciąż żył – być może nawet nie wiedział nic, że ma godnego siebie potomka.

Od tego momentu odwiedzał mnie w snach – ale jakiś dziwny, szary, ponury i milczący. Mimo że nie znałem go wcale. Miejscowe Uratha przysięgały, ze Thomas Pinard – bo tak się nazywał, nic nie wiedział o tym, ze ma syna. One zaś nie miały pojęcia, gdzie tez Pinard może się podziewać. Wyjechał wraz ze swoim stadem z Vancouver dawno, dawno temu. Być może mieszka dalej w Kanadzie, może w USA…

Sny stawały się coraz bardziej dzikie i czarne. Sylwetki zjaw pojawiały się naprzemiennie. Matka, koledzy, pracodawcy. A może była to jedna zmora o wielu twarzach. Jednak zawsze na końcu był on. Owa milcząca idée fixe, która nie dawała spokoju moim snom, o której myślałem za dnia. Ojciec.

Ze snu wyrwał mnie telefon. W chwilę później Szakal wybudził mnie zupełnie. Dzwonił znajomy – Miejski Drapieżca – dowiedzieli się gdzie jest mój ojciec. To był przełom. Właściwie wiedzieli, kto zna dokładny adres pobytu mojego ojca. Anthony Stary Orzeł będzie czekał w McDonaldzie tuż przed zjazdem z Trans Canada Highway na Chilliwack. Jest to jakaś godzina drogi z Vancouver. Może trochę dłużej. Punkt dziesiąta.

Chwila narady ze stadem i okazało się że nie ma przeszkód byśmy mogli wyruszyć z miasta. Właściwie źle się tu czuliśmy, to nie był nasz dom, jedynie tymczasowa siedziba. To miast z nas tak naprawdę szydziło. Staliśmy się pośmiewiskiem oczach betonowych wieżowców. Nie posiadaliśmy żadnego swojego terytorium, żadnych wpływów, żadnej przestrzeni. Nawet żadne duch nie chciał nam służyć jako totem. Śmiano się z nas.

To dobry moment by opuścić to miasto. I udać się gdzieś daleko. A że śladami mojego ojca – kierunek jak każdy inny. Ale dla mnie najlepszy. Trzy wilki wyruszyły przez las w stronę Chilliwack.

Na miejsce po wyczerpującej podróży dotarliśmy trochę wcześniej. Spotkanie poprzedziliśmy małym rekonesansem, ale wkrótce podjechał ten na którego czekaliśmy – Anthony, a przynajmniej tak się nam zdawało. Co dziwne przyjechał samochodem, wypachniony jakimiś perfumami i zamówił to ich sztuczne jedzenie. Po krótkiej rozmowie, okazało się, że chce nas wprowadzić w jakiś test – jeśli go przejdziemy, zdradzi nam miejsce pobytu mojego ojca.

Zawiózł nas samochodem w odludne miejsce w lesie, gdzie pokazał nam ofiary ze zwierzyny leśnej złożone przywołanemu duchowi. Mieliśmy go odnaleźć i pokonać, nie unicestwiając go jednocześnie.

Ruszyliśmy jeszcze świeżym tropem do momentu kiedy napotkaliśmy martwego lisa, najprawdopodobniej kolejna ofiarę Ducha. Staliśmy się ostrożniejsi ale i tak udało nam się dopaść Ducha – właściwie Szakal to zrobił. Dowódca po chwili szarpaniny pokazuje, że jest wojownikiem stada i szybko udowadnia przeciwnikowi, że nie ma większych szans. Ten jednak eksploduje, używając swojej Esencji i udaje mu się uciec. Podjęliśmy decyzje, żeby mu uniemożliwić taki sposób ucieczki.

Duch wybiegł na betonową drogę prowadząca od Chilliwick, między nim a miastem majaczyła w oddali stacja benzynowa. Nie mogliśmy mu pozwolić na pojawienie się w mieście – istniało ryzyko, że mógłbym się dobrać do ludzi.

Gdy podbiegliśmy do stacji, usłyszeliśmy krzyk kobiety, a chwilę potem znaleźliśmy mężczyznę lezącego w kałuży krwi. Ducha dopadliśmy na tyłach budynku. Chciałem wykryć jego słabość, ale pierwszy raz widziałem takiego Ducha więc się nie udało. Formy Urshul jednak doskonale się sprawdzają do walki – Szakał wgryzł się w przeciwnika przytrzymując go na tyle, żeby Plama z impetem zeskakując z dachu stacji zadał ostateczny cios kończący egzystencje ducha. Nie mogliśmy postąpić inaczej, pewnie Stary Orzeł będzie się wściekał, jednak teraz dla nas ważniejsze było życie innych ludzi a także leśnych istot. Zatarliśmy ślady i uciekliśmy z miejsca walki.

Gdy wróciliśmy Anthony nie był zadowolony z naszej akcji, jednak ujęła go nasza szlachetna ochrona ludzi, więc postanowił dotrzymać swojego słowa. Wyjął samochodowe mapy i pokazał nam niewielkie miasto Baniff, leżące nieopodal Calgary, niewielkie turystyczne miasto otoczone rożnego rodzaju parkami narodowymi, raj dla wilkołaków. Masa przestrzeni, piękne widoki, czyste powietrze – to tamto miejsce wybrała Wataha Księżycowej Pieśni, a także mój ojciec. Uprzedził nas że podróż tam może potrwać kilka dni. A wszystko w stronę miejsca, gdzie według wielu ludzi miał leżeć Eden. Teraz jednak w raju zaczyna sie zima, a nas czeka długa podróż. Gdzieś jednak w środku nasze serca się cieszyły tą podróżą, jak i jej celem.
Prześlij komentarz