czwartek, 14 maja 2009

Kingdom Key: Komuniści i Trolle - sesja 7

Podróż powietrznym statkiem mijała początkowo dość spokojnie. Rasputin sterował – choć pewnie wolałby zagrać w karty. Z ładowni ujadał pies sarmaty. Ja podziwiałem okolice i szkicowałem na szybko mapy, które pewnie będą komuś przydatne.

Elf w tym samym czasie, po krótkiej inspekcji uzbrojenia okrętu, zainteresował się skrzyniami, które znajdowały się w ładowni. Okazało się, ze były zapieczętowane jakimiś dżinami ochronnymi. Spróbował się więc z nimi skontaktować, kłamiąc, że jest przyjacielem ich pana. Dowiedział się, że w środku znajdują się osobiste rzeczy guru elfów, mapy, sprzęt potrzebny do rytuałów oraz podarunki dla króla Troli. Jednak cały ten ładunek nie był kompletny, ponieważ porwaliśmy statek, nie został załadowany do końca. Skrzynie nie zostały otworzone.

W pewnym momencie, na ziemi dostrzegliśmy grupę żołnierzy – moich rodaków osaczonych przez Troli. Ich sytuacja nie wyglądała na zbyt ciekawą – było ich niewielu, wycieńczonych i rannych. Rasputin mijając rosnące drzewa, zleciał niżej a my zrzuciliśmy im liny. Udało się ich uratować choć trole już prawie chwytały się lin. Odlecieliśmy na bezpieczną wysokość.

Trójkę uratowanych ludzi stanowiło dwóch szeregowych żołnierzy z Ivanogrodu jak i lepiej wyposażony, z herbem miasta na piersi, bardziej postawny mężczyzna. Z początku się ucieszył, że przybyły posiłki, ale gdy chciał wracać do miasta – ciężko było nam się przyznać, że nie możemy wracać do miasta, ponieważ właściwie jesteśmy terrorystami, którzy uprowadzili okręt a inne wysadzili w powietrze.

Przywódca przedstawił się jako Siergiej i stanowczo zażądał podporządkowania się, co próbował mu wybić z głowy elf. Jednak o wszystkim miał zdecydować pojedynek na broń białą – ponieważ ja przyznałem się, że przysłano mnie ze stolicy w celu sprawy najwyższej wagi zostałem wybrany jako przeciwnik.

Gdy już miał się rozpocząć wkurzony sytuacją Rasputin wykonał manewr statkiem powodując, że wszyscy mogliśmy wylecieć – chciał zrzucić niewdzięcznych żołnierzy z okrętu. Gdy głośny krzyk, że dam sobie radę nic nie pomógł, wysłałem jednego z ludzi komisarza, tego najszybszego, żeby go powstrzymał, a gdy to nie pomogło postanowiłem przeciąć linę tak, żeby Sarmata musiał opanować okręt, żebyśmy wszyscy nie polecieli – miał wybór, albo wszyscy albo nikt. Jednak moja akcja spowodowała odwrotny skutek – Siergiej wraz z ludźmi wypadli za burtę prosto w łapy troli. Szybko skończyli swój żywot. Gdy już odlatywaliśmy syknąłem tylko przez zęby, że to był mój pojedynek.

Następnym etapem podróży był przelot nad czym, czego nie spodziewaliśmy. Krajobraz się diametralnie zmienił, i właściwie lecieliśmy nad wielką czarną przepaścią bez dna. Cały obszar właściwie był wielką przepaścią bez dna. Jeden z ludzi komisarza, ten najbardziej zręczny bawił się nożem i mamrotał co o piekle, o otchłani. Już mieliśmy go przywrócić do porządku, gdy nagle usłyszeliśmy strzał z armat alchemicznych statku. Prawie nas trafili, a jak się okazało ostrzał był prowadzony ze ściągającego nas rozwalonego okrętu – takiego jak nasz – guru-szaman elfów nie dawał za wygraną, dopadł nas nawet tutaj. Używał jednego z dżinów do unoszenia okrętu i podróży nim.

Na naszym statku pojawiły się jego straszne dżiny rozszarpywania i rozpoczęła się walka. Jeden rzucił się na Fazzanira zrzucając go nieomal ze statku. Drugi dopadł mnie, ale że miałem przy sobie pojedynkową broń od ludzi Siergieja i wspomniałem sobie naukę szermierki w szkole, udało mi się go rozwalić – a dawno nie walczyłem. Dwa kolejne dżiny niemal dopadły Rasputina, ale ten uciekł im wobec czego rozwaliły ster. Rasputin zaskoczył jednego i rzucił nożem pozbawiając istnienia. Elf rozwalił kolejnego – ostatnim zająłem się ja, jak już przypomniałem sobie szermierkę, nie było to takie trudne.

Okręt jednak, z uszkodzony sterowaniem spadał w przepaść, coś trzeba było zrobić. Udało się Rasputinowi naprawić sterowanie, mogliśmy się ustawić odpowiednio do strzału w statek wroga. Zrzucili do nas liny, chcąc przystąpić do abordażu po raz kolejny, jednak elf odciął im liny. Wystrzeliliśmy z dość bliska. Elf wrzucił jeszcze granat – to zakończyło żywot elfiego guru jak i statku, ponieważ musiał podtrzymywać dżina, który unosił ich uszkodzony statek. To oni runęli do przepaści bez dna.

W końcu nasza podróż miała się ku końcowi. Otchłań się zakończyła, ale dotarliśmy na tereny, gdzie początkowo krajobraz był bardzo żałosny. Pustynie, sucha, zwiędła roślinność. Ale w oddali zamajaczyły góry do których zbliżaliśmy się dość szybko. Wtopione niemal w nie były ruiny starożytnego miasta, z demonicznymi rzeźbami. Jakby tego było mało, to cała góra z miastem była w rzeczywistości olbrzymim wulkanem.
Prześlij komentarz